Żniwa

ŻNIWA
ARTUR ZABORSKI

ImageKierunek, w którym zmierza współczesne kino gejowskie, ma już niewiele wspólnego z emancypacją mniejszości seksualnych, tak charakterystyczną dla starszych reprezentantów gatunku. Obrazy, które wychodzą zazwyczaj spod ręki nie-heteronormatywnych twórców, są tak naprawdę uniwersalnymi opowieściami, z tą tylko różnicą, że zamiast tradycyjnej opozycji kobieta-mężczyzna, mamy do czynienia z układem on-on. Pozostała część historii podporządkowana jest zaś wymogom konwencji. Oglądając takie współczesne filmy, jak „Zupełnie inny weekend” Andrew Haigha czy „Keep The Lights On” Iry Sachsa, widzowie nie skupiają uwagi na homoseksualnych bohaterach, tylko na ich perypetiach, historii, w którą zostali uwikłani. Choć oczywiście filmom tym nieobce są problemy homofobii, „coming outu” czy samoakceptacji, to jednak wybrzmiewają raczej w tle uniwersalnego wątku głównego, z którym może identyfikować się publiczność niezależnie od orientacji.

Filmy gejowskie przechodziły zresztą podobną drogę do asymilacji w kinach, jak mniejszości seksualne w życiu społecznym. Dziś, kiedy widok homoseksualisty na ulicy powszednieje, analogicznie pospolicieje też jego obecność na kinowym ekranie. Tak nam się przynajmniej wydaje. Benjamin Cantu w swoim filmie przypomina bowiem, że nie trzeba patrzeć na problem globalnie – na uczący się tolerancji Zachód i wciąż homofobiczny Wschód – żeby zobaczyć przepaść w postępie tego procesu w różnych szerokościach geograficznych. Zawężając perspektywę obserwacji jedynie do farmy ulokowanej we wsi oddalonej o 60 km od Berlina, reżyser pokazuje świat, do którego homoseksualizm jeszcze „nie dotarł”. Tak przynajmniej chcieliby pewnie sądzić mieszkańcy, żyjący z dziada pradziada według prawideł pór roku. Właśnie zbliżają się tytułowe żniwa, toteż praca wre. Jednak tegoroczne lato obrodzi w coś więcej niż tylko płody rolne.

Cantu, wkraczając z kamerą w środowisko brandenburskiej farmy, zachowuje się jak typowy dokumentalista. Bohaterowie filmu to w większości prawdziwi pracownicy gospodarstwa i to im dedykowane są „Żniwa”. Reżyser zjawił się na planie kilka tygodni wcześniej, aby podszkolić się w rolniczym fachu, i przyjrzeć się z bliska powolnemu, monotonnemu życiu. Włościanie szybko przestali zwracać uwagę na obecność kamery. Mieszkańców niemieckiej wsi niewiele bowiem obchodzi poza pracą, za którą są odpowiedzialni. Nie interesuje ich pobliska metropolia, nie zauważają też kiełkującego na ich oczach uczucia. To rodzi się pomiędzy praktykantami – introwertycznym Marko (Lukas Steltner) i Jacobem (Kai-Michael Müller), chłopcem z dobrego domu.

Marko stara się nie wystawać z szeregu. Ubiera się jak jego koledzy, nosi mało charakterystyczną fryzurę. Trudno znaleźć lepsze słowo do jego scharakteryzowania niż przeciętność. Znajomi kojarzą go właściwie jedynie z tym, że unika alkoholu. Zawieszony w próżni chłopak ma jeden cel – zdać egzamin na rolnika. Fach w ręku traktuje jako klucz do swojej skorupy, którym będzie mógł zamknąć ją od środka. Dla Marko kontakt z otoczeniem to nic przyjemnego. W nastoletniej głowie uknuł pewnie doskonały plan na życie: pozostać w ukryciu, nie zdradzić się przed nikim ze swoimi skłonnościami. Plan pali na panewce, kiedy dostaje niejednoznaczne sygnały od Jacoba.

ImageW stylizowanych na dokument zdjęciach, ciemnych, niedoświetlonych, Jacob wygląda jak zaprzeczenie przeestetyzowanych bohaterów z filmów Xaviera Dolana. A jednak Cantu potrafił wydobyć z niego delikatność, urodę i młodzieńczy czar. Reżyserowi udała się też rzadka sztuka subtelnego ukazania napięcia, jakie istnieje między chłopcami. Kamera raz po raz łapie ich na spotkaniu spojrzeń, muśnięciu, otarciu. W paradokumentalnej estetyce nabierają one zupełnie nowego znaczenia: pozostają niewidzialne dla pozostałych pracowników farmy, są przeznaczone wyłącznie dla widza. Nawet ostatnia, piękna scena ostentacyjnego uścisku wydaje się tylko projekcją w głowach bohaterów.

Refleksja nad naszą krótkowzrocznością ma w „Żniwach” szerokie pole do interpretacji. Wbrew pozorom nie ogranicza się jedynie do napiętnowania przywar mieszkańców małej miejscowości. W „Żniwach” odbijają się także echa kryzysu. Nie jest może odkrywcza konstatacja, że zaślepieni jego skutkami przestajemy zauważać to, co jest piękne dookoła nas. Nie zmienia to jednak faktu, że Benjaminowi Cantu ów banał udało się przekuć w realistyczny dramat, nad którym trudno przejść obojętnie.

Stadt Land Fluss
Scenariusz i reżyseria Benjamin Cantu. Zdjęcia Alexander Gheorghiu. Muzyka Keith Kenniff. Wykonawcy Lukas Steltner (Marko), Kai-Michael Műller (Jacob), Steven Baade, Florian Born, Eric Fechner, Christian Hahn, Charlina Ingold (uczniowie zawodu). Produkcja Salzgeber & Company Medien. Niemcy 2011. Dystrybucja Tongarino Releasing. Czas 88 min

Artur Zaborski, Żniwa, „Kino" 2012, nr 9, s. 80

© Fundacja KINO 2012

Zmieniony ( 24.08.2012. )