Imagine

IMAGINE
PIOTR ŚMIAŁOWSKI

Film Andrzeja Jakimowskiego nie jest filmem dla każdego. Wprawdzie podobne stwierdzenie mogłoby się odnosić do prawie wszystkich filmów, ale w tym przypadku powód jest dość szczególny: wobec „Imagine” łatwo pozostać obojętnym, mając przy tym świadomość, że jest to film, który ma szanse wywoływać głębokie emocje. Oczywiście, po takim wyznaniu można usłyszeć od kogoś, że nie ma się odpowiedniej wrażliwości, empatii i ciekawości świata, by „Imagine” w pełni docenić i zrozumieć.

ImageAle jeśli szło się do kina z otwartą głową i nastawieniem, że to film właśnie dla mnie, z mojego kręgu zainteresowań, a wyszło się mimo to z poczuciem, że „Imagine” jest filmem straconej szansy na dzieło naprawdę wielkie? Mówiąc inaczej: Jakimowski kieruje opowieść do ludzi o konkretnej wrażliwości. Z pewnością osiągnie sukces. Ale widzowie, na których mu szczególnie zależy lubią, gdy pytania stawiane przez film naprawdę ich zastanowią. Tymczasem „Imagine” jakby unika istotnych pytań, stając się filmem dziwnych proporcji: opowiada bardziej o metodzie, dzięki której można próbować przezwyciężyć swoją ułomność, zamiast o człowieku dokonującym czegoś naprawdę wielkiego.

Bohaterem jest niewidomy Ian, nauczyciel echolokacji pozwalającej niewidomym orientować się w przestrzeni bardziej przy użyciu słuchu niż dotyku. To jak żyje i jak sobie radzi, jest wprost imponujące. Chodzi po ulicach bez białej laski, a o tym, co go otacza, wie niemal tyle, jakby to widział! W większości sytuacji postronny obserwator nie zorientowałby się, że jest on osobą niewidomą. Ian intryguje, widać to zresztą w stosunku reżysera do tej postaci: jest nią głęboko zafascynowany. Ian jest bowiem nauczycielem życia nie tylko dla niewidomych.

Przyjrzyjmy się, jak działa na co dzień: siedząc na podwórku przysłuchuje się każdemu dźwiękowi, dzięki czemu może powiedzieć, czy w pobliżu są drzewa, czy ktoś przyjechał rowerem, jak zachowuje się pies. Gdy ktoś zaczyna ścinać gałązki krzewu, Ian orientuje się, że to prawdopodobnie róża, gdy spokojny pies zaczyna nagle szczekać, w pobliżu znalazł się pewnie kot, a odgłosy jadącego roweru mogą mu dużo powiedzieć o zwyczajach właściciela. Ian jest jak detektyw, który musi zdobyć dowody i wskazówki, by wyobrazić sobie wygląd i usytuowanie konkretnych obiektów. Ten rodzaj skupienia, kierujący uwagę na pewne szczegóły otoczenia, pozwala mu dowiedzieć się czegoś istotnego o ludziach, o życiu i odnieść to do siebie. Jest dobrym nauczycielem, bo wie, jak wypływającą ze szczegółu prawdę przekazać swoim podopiecznym.

Podczas projekcji „Imagine” wiele razy myślałem o „Nic osobistego” Urszuli Antoniak, gdzie dwójka bohaterów nic o sobie nie wiedziała i nie zadawała sobie nawzajem żadnych pytań o przeszłość i przyszłość. Oboje fascynowali się sobą tylko tu i teraz, a widz mógł w tym uczestniczyć. Jakimowski pokazuje podobnie zamkniętych ludzi, ale jakby nie pozwala w pełni uczestniczyć w tym, co przeżywają. O jego bohaterach też nie wiemy praktycznie nic. Możemy się jedynie domyślać, jakim wyzwaniem jest dla Iana to, że nie będąc akceptowany przez lekarzy-tradycjonalistów, mimo to próbuje otworzyć swoich podopiecznych na zupełnie nowe doznania, które ułatwią im życie. W takiej aurze tajemnicy nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt, że w „Imagine” w małym stopniu przedostają się na ekran emocje bohaterów przeżywających iluminację tym, co ich otacza. Wtedy siłą rzeczy rodzi się myśl: „Nie dość, że nic o nich nie wiem, to nie mogę nawet przeżyć razem z nimi tego, co prawdopodobnie odczuwają”.

Nie chodzi wcale o rodzaj narracji w filmie, która tu jest bardzo wyciszona, i nie o to, by coś było wyłożone kawa na ławę. To kwestia tego, że w „Imagine” wszystko zostaje pokazane jakby przez pryzmat technicznych aspektów metody echolokacji. Tylko czasem reżyser osiąga wymowny rezultat, gdy w którejś ze scen sprawia, że widz mniej niż na obrazie skupia się na dźwiękach, które słyszy Ian czy jego podopieczni. Najczęściej jednak pokazując konkretną sytuację, pokazuje na dobrą sprawę, jak wygląda pokonywanie jakiejś bariery czy przeszkody, a więc: „jak oni tego dokonają”. To jest ciekawe, ale tylko przez jakiś czas. Stosowane nadmiernie wcale nie zbliża do bohaterów, raczej czyni z „Imagine” rodzaj relacji o poruszaniu się w przestrzeni.

ImageSą natomiast w filmie tropy arcyciekawe, które reżyser jedynie zasygnalizował. Jeśli poznajemy Iana jako człowieka niezwykle pewnego swoich metod, a potem widzimy go postawionego w sytuacji, gdy czuje się jednak bezradny, to zwykła empatia każe zapytać, jak on sobie poradzi i czy sobie poradzi. Scena rozmowy z dyrektorem ośrodka, który wątpi w jego metody i każe mu się zastanowić, czy nie naraża podopiecznych na niebezpieczeństwo, zapowiada jakąś wewnętrzną walkę Iana, której chce się kibicować. Ale wątek ten zostaje w filmie w pewnym sensie zawieszony. Widzimy potem, jak Ian ze swoim podopiecznym idzie na nabrzeże, aby mu udowodnić, że stoi tam wielki okręt. Oczywiście w ten sposób udowadnia także i sobie własną siłę oraz sens trwania przy obranej metodzie. Ale co z tego, skoro my całą sytuację możemy obserwować tylko z zewnątrz, bez świadomości rzeczywistych emocji Iana. Widzimy tylko to, co on chce, żeby dotarło do jego podopiecznego, a elementy jego wewnętrznych zmagań pozostają zasłonięte.

Bardzo charakterystyczne dla Jakimowskiego jest to, jak przedstawia moment, gdy między Ianem a jedną z niewidomych pacjentek rodzi się uczucie. Każdy, kto uśmiechał się, widząc pomysłowość chłopca ze „Sztuczek”, który starał się w magiczny sposób przyciągnąć do siebie ojca, tutaj uśmiechnie się ponownie. W tym wątku Jakimowski skupia się na czymś, co miało chyba stać się tematem całego filmu: metoda echolokacji ma nie tylko praktyczne zastosowanie w codziennym funkcjonowaniu osoby niewidomej, lecz daje szansę, by niejako oszukać otoczenie, nie pozwolić nikomu, by się zorientował, że obcuje z kimś niewidomym. A więc żyć wśród innych bez poczucia jakiejkolwiek ułomności. Widać to wyraźnie w scenie, gdy dziewczyna w rozmowie z przypadkowym gościem kawiarni trafniej niż on komentuje wygląd miasta i to, co się w nim znajduje.

Ian stara się przekazać dziewczynie dosłownie każdą wskazówkę, która pozwala mu na co dzień funkcjonować całkowicie samodzielnie. Oczywiście robi to także dlatego, że coraz bardziej mu na niej zależy, nie jak na podopiecznej, lecz jak na partnerce. Mam nieodparte wrażenie, że autentycznym, mocnym odniesieniem do tytułu filmu byłaby ich próba – z pewnością trudna – wyobrażenia sobie, czy i jak potrafiliby razem żyć oraz to, czy w podobnej sytuacji ona potrafiłaby mu całkowicie zaufać, bo jego metoda i w niej wywołuje wątpliwości. Tymczasem „Imagine” kończy się tylko taką sugestią, że podopieczni Iana prawdopodobnie uwierzą, iż mogą żyć pełniej, lepiej, szczęśliwiej. Mówiąc zupełnie bez ironii: to bardzo szlachetna puenta, lecz jakby prześlizgująca się obok tego, co w filmie Andrzeja Jakimowskiego najbardziej intrygujące.

Imagine
Scenariusz i reżyseria Andrzej Jakimowski. Zdjęcia Adam Bajerski. Muzyka Tomasz Gąssowski. Wykonawcy Edward Hogg (Ian), Alexandra Maria Lara (Eva), Melchior Derouet (Serrano), Francis Frappat (doktor), Joao Lagarto (brat Humberto). Produkcja Zjednoczenie Artystów i Rzemieślników, Filmes Do Tejo II Multimédia, Film and Music Entertainment Limited, KMBO Production, WFDiF, Canal+ Cyfrowy, Studio Filmowe Jakimowski. Polska – Portugalia – Francja – Wlk. Brytania 2012. Dystrybucja Kino Świat. Czas 105 min

Piotr Śmiałowski, Imagine, „Kino" 2013, nr 04, s. 72-73

© Fundacja KINO 2013

Zmieniony ( 12.04.2013. )