Prawdziwa historia króla skandali

PRAWDZIWA HISTORIA KRÓLA SKANDALI
KRZYSZTOF ŚWIREK

Michael Winterbottom zmieścił kilka filmów w jednym. Odzwierciedla to w pewien sposób wszechstronność reżysera, gładko przechodzącego od filmu wojennego i politycznego do dramatu rodzinnego, a nawet kina erotycznego. Najnowszy film Winterbottoma jest symptomatyczny dla pewnego stylu pracy, w którym ważniejszy niż końcowy efekt jest sam rozwój projektu. Wprawdzie widz może odnieść wrażenie, że obiecano mu więcej niż otrzymał, ale czasem ważniejsze może być to, co dzieje się po drodze – choćby wielość kierunków, w których rozwija się narracja, zmienność tonacji – od autoironicznej po poważną; wreszcie różne akcenty stylistyczne, odróżniające od siebie kolejne partie filmu.

ImageFilm Winterbottoma to stylizowana biografia Paula Raymonda, króla klubów ze striptizem, wydawcy erotycznej prasy, wreszcie – jednego z najzamożniejszych właścicieli nieruchomości, z majątkiem szacowanym w milionach funtów. Film obejmuje okres od lat 50. po 90. – od skromnych początków w londyńskich rewiach, przez sukcesy wydawnicze i potyczki z cenzurą obyczajową, aż po starość.

Początkowo wydaje się, że to brytyjska wersja pamiętnego „Skandalisty Larry’ego Flynta” Formana – dużo bardziej stonowana historia charyzmatycznego biznesmena, który wykrywa żyłę złota w obyczajowych przemianach swojego czasu. Ale pierwsze wrażenia szybko się ulatniają – film Formana silnie wygrywa wątki pokoleniowe i polityczne, podczas gdy obraz Winterbottoma jest dużo łagodniejszy, oszczędza głównego bohatera i szybko kieruje opowieść na prywatne i refleksyjne tory. Podróż przez kolejne dekady nadaje całości nostalgiczny posmak, wzmacniany przez powracające ujęcie Raymonda, siedzącego przed niewielkim ekranem telewizora, na którym ogląda wywiad ze swoją córką – choć montaż sugeruje, jakby w tym samym czasie przed oczami bohatera przewijały się kolejne fragmenty jego życia.

Motyw autorefleksji od razu wymusza na widzach pewną pobłażliwość dla głównego bohatera. Zarówno gdy zostawia żonę i syna, jak i kiedy niszczy związek z Fioną – swoją wielką miłością i gwiazdą wydawanego przez siebie pisma. I wreszcie, gdy przez własną niedojrzałość wystawia na próbę miłość najważniejszej kobiety swojego życia – córki Debbie. To właśnie ona śpiewa tytułowy (w wersji angielskiej) „The Look of Love”, w nieudanej rewii, sponsorowanej przez ojca. Przedstawienie zrobi klapę, Raymond zdejmie je z afisza, żeby nie tracić pieniędzy, a zrozpaczona Debbie pierwszy raz spróbuje kokainy. Wątek rodzicielskiej porażki Raymonda wybrzmiewa w filmie najsilniej.

„Prawdziwa historia…” rozpoczyna się jako cukierkowa opowieść o erotycznych konwencjach sprzed dekad (postać Raymonda pojawia się już w czołówce, by osobiście zaprosić widzów do swojego „świata erotyki”), następnie zdaje się historią narodzin biznesowego giganta, wreszcie kończy się jako przypowieść o tym, że najważniejszych rzeczy w życiu kupić nie można. Całość nie jest ujęta w żadną wyrazistą ramę, bo trudno za taką uznać pojawiające się od czasu do czasu ujęcia starego Raymonda rozmyślającego nad swoim życiem. Jednak w przypadku „Prawdziwej historii króla skandali” owa wielość rozwiązań, kierunków narracyjnych i stylistyk (od eleganckiej czerni i bieli w sekwencjach z lat 50. po kolorystycznie coraz bardziej rozpustne kolejne dekady) dobrze się broni.

Po części to zasługa Steve’a Coogana, brytyjskiego aktora, znanego głównie z kreacji komicznych, który Raymonda gra bez satyrycznej przesady. Choć ta postać byłaby dobrym materiałem na kpinę z estetycznych nieporozumień rozmaitych mód, z tandetności fałszywego blichtru erotyki w klubach dla dżentelmenów, wreszcie z prezentowanej przez niego archaicznej męskości, dzisiaj robiącej wrażenie barbarzyńskiego przeżytku. Do wyśmiania protagonisty jednak nie dochodzi, a im bliżej finału, tym więcej ciepła w portrecie króla Soho. W interpretacji Coogana Raymond staje się postacią z galerii wielkich „self made menów”, urokliwych przez zuchwałość, z jaką zaciągają wobec życia wielki dług.

Trudno nie oglądać tego filmu przez pryzmat wcześniejszej współpracy Winterbottoma z Cooganem. Zarówno w świetnym „24 Hour Party People”, jak i w bardziej stonowanym „The Trip”, ciężar historii położony jest na kreowanych przez Coogana postaciach. Muszą równocześnie fascynować i irytować. „The Trip” jest zresztą tutaj filmem najbardziej znamiennym – Coogan gra w nim aktora, który odniósł spory sukces, ale przeczuwa w sobie możliwości nigdy niewykorzystane w poważnej roli. I – co jeszcze bardziej go zbliża do „Prawdziwej historii…” – aktora, który wśród wielu sukcesów zawodowych zapomniał sensownie wypełnić swoje życie prywatne.

Image„Prawdziwa historia króla skandali” wykorzystuje podobne zmiany tonacji jak wcześniejsze filmy duetu Winterbottom-Coogan i polega w znacznej mierze na ciągłej grze pomiędzy oczekiwaniami a realizacją. Dwie najważniejsze obietnice – nostalgiczna rewia i refleksyjna opowieść o stracie – wykluczają się nawzajem, więc żadna z nich nie może być spełniona. Ale z gry między tymi obietnicami wyłania się cenny film, w którym wszystko jest na swoim miejscu. Nawet sentymentalny rys, obecny zarówno w rekonstrukcji kolejnych angielskich dekad, jak i w gorzkich akcentach ostatnich scen.

The Look of Love
Reżyseria Michael Winterbottom. Scenariusz Matt Greenhalgh. Zdjęcia Hubert Taczanowski. Muzyka Antony Genn, Martin Slattery. Wykonawcy Steve Coogan (Paul Raymond), Tamsin Egerton (Fiona Richmond/ Amber), Imogen Poots (Debbie Raymond), Chris Addison (Tony Power). Produkcja Film Four, Revolution Films. Wlk. Brytania – USA 2013. Dystrybucja ITI Cinema. Czas 101 min

Krzysztof Świrek, Prawdziwa historia króla skandali, „Kino" 2013, nr 05, s. 74-75

© Fundacja KINO 2013

Zmieniony ( 30.05.2013. )