Pan Turner

PAN TURNER
ANDRZEJ KOŁODYŃSKI

Niby wszystko wiemy: tak, Joseph Mallord William Turner kazał się przywiązać do masztu rybackiej łodzi w czasie lodowatego sztormu, aby odczuć siłę żywiołu; tak, zerwał się w koszuli, bosy, ze śmiertelnego łoża, aby naszkicować ciało topielicy znalezione w pobliżu, na wybrzeżu. Tak, królowa Wiktoria określiła jego obrazy słowami „brudny, żółty galimatias”. Sam gniewnym prychnięciem zareagował na pierwsze dzieła prerafaelitów, tak różne od jego sztuki.

ImageOdmówił sprzedaży wszystkich swoich płócien i szkiców zafascynowanemu miliarderowi mówiąc, że chce, aby stały się własnością narodu. A na pytanie „Ile naród za to zapłaci?” odpowiedział: „Nic”. Tak, umarł z okrzykiem: „Słońce jest Bogiem”. Słoneczne światło, oślepiające, rozmazujące kontury wypełnia jego obrazy, choć niektóre bledną dziś niepokojąco z powodu organicznych domieszek do farb. Te wszystkie anegdoty – i wiele więcej – przytacza Mike Leigh jakby na zasadzie cytatu. Ale co sprawia, że mimo to film „Pan Turner” jest tak różny od tradycyjnej ekranowej biografii artysty?

Zdjęcia? Z pewnością też, bowiem Dick Pope po swojemu wykorzystuje odcienie żółci, tak ukochanej przez Turnera w ostatnim okresie jego twórczości, i komponuje oszołamiająco piękne, rozległe panoramy albo straszliwie zagracone, jakże jednak stylowe wnętrza. To otoczenie, w którym porusza się niezgrabnie gruby Timothy Spall, żyje energicznym, podpatrzonym życiem. Jest realistyczne, ale jest też stylizowane, wydaje się wzięte z kart Dickensa. Dickensowskie są dialogi, to górnolotnie śmieszne, to znów zaskakująco dosadne, dickensowska atmosfera ciepła, chociaż to także klimat z „Sekretów i kłamstw”.

Sam Turner rzadko się odzywa, chrząknięciem komentuje wywody Johna Ruskina, zresztą jego wielkiego admiratora, na temat Sztuki przez duże „S”. I ta sylwetka Spalla! Ani na chwilę nie widzimy aktora, on po prostu jest Turnerem, starzejącym się, humorzastym mężczyzną – ale przede wszystkim artystą. Jednym maźnięciem palca zanurzonego w czerwonej farbie dodaje konieczny akcent bezbarwnemu płótnu Constable’a, zachwyca się buchającą kłębami pary lokomotywą (obraz, który z tego powstał, „jest arcydziełem. Nikt go nie kupił” – jak powiada biograf, Anthony Bailey), przeprowadza eksperyment z rozszczepieniem promienia światła w towarzystwie energicznej pani Somerville i ukochanego ojca, cierpliwie pozwala wykonać sobie dagerotyp. Jest ciekawy nowości, a przecież sam tkwi zamknięty w widzeniu, które w swoim czasie wzbudzało kontrowersje, chociaż nimi się nie przejmował. Wiedział, co robi.

Z czasem uczyniono go poprzednikiem impresjonistów, trzeba było jakoś zakwalifikować jedynego w swoim rodzaju indywidualistę. Mike Leigh nie robi z otaczających go kontrowersji dramatycznego tematu. I to jest kolejna różnica wobec filmowego stereotypu Artysty Walczącego. Jego Turner spokojnie, choć bynajmniej nie z zadowoleniem, przyjmuje kpiny na temat swojej sztuki ze sceny. Nie walczy. Po prostu z ponurą miną, zawzięty, odchodzi. Ma dokąd, bo prowadzi podwójne życie – u boku kalekiej gospodyni Hannah w Londynie i z zamożną wdową Booth w podlondyńskim Chelsea. A nachodzi go jeszcze matka jego dwóch dorosłych córek, do których się niechętnie przyznaje, zawsze żądająca pieniędzy, wyniosła pani Danby.

ImageSkomplikowane? Oczywiście, ale to także nie buduje fabuły filmu. U Mike’a Leigh siłą sprawczą nie są wątki rodzinne czy zawodowe, lecz wewnętrzne powołanie. Coś, co wymyka się definicji, ale kieruje każdym krokiem artysty. Pozornie idzie bez celu, nie zwracając uwagi na przechodniów, na wysiadujące pod ścianami kobiety, na gwar i zgiełk przybrzeżnego targowiska, milczący i arogancki, uzbrojony w parasol i szkicownik. Za chwilę oglądamy go w szalupie okrążającej zatapiany wrak wielkiego parowca.

On, Artysta, wie czego szuka. Jest uparty i nic nie potrafi go z tej drogi zawrócić. Ten filmowy obraz starzejącego się malarza wiernego swemu powołaniu jest tak intensywny, że wyczuwa się ton osobisty. Czy 72-letni Mike Leigh identyfikuje się ze swoim prawie równolatkiem Turnerem? Biografizm nie jest dziś modny, więc nie ma co się zagłębiać w ryzykowne paralele. Wystarczy stwierdzić, że mamy przed sobą film wyjątkowo piękny, dojrzały i mądry. U nas będzie do obejrzenia tylko w dwóch miastach. Cóż, paradoksy naszego rozpowszechniania to zupełnie inny temat.

Mr. Turner
Reżyseria i scenariusz Mike Leigh. Zdjęcia Dick Pope. Muzyka Gary Yershon. Wykonawcy Timothy Spall (J.M.W. Turner), Dorothy Atkinson (Hannah), Marion Bailey (Sophia Booth), Paul Jesson (ojciec Turnera), Lesley Manville (pani Somerville), Martin Savage (B.R. Haydon), Ruth Sheen (pani Danby), David Horovitch (dr Price), Joshua Mcguire (John Ruskin), Leo Bill (J.E. Mayall), Sinead Matthews (królowa Wiktoria), James Fleet (John Constable), Nicholas Jones (John Soane), Edward de Souza (Stothard). Produkcja Film4, Focus Features International, Lipsync Productions, Thin Man Films, Xofa Productions. Wlk. Brytania – Francja – Niemcy 2014. Dystrybucja UIP. Czas 148 min

Andrzej Kołodyński, Pan Turner, „Kino" 2015, nr 08, s. 84

© Fundacja KINO 2015

Zmieniony ( 14.08.2015. )