Noc Walpurgi

NOC WALPURGI
JAKUB MAJMUREK

Młody początkujący dziennikarz próbuje przeprowadzić wywiad z operową diwą w wieku mocno już średnim. Ich rozmowa szybko zmienia się w pojedynek – walkę o dominację, w której narzędziami są młodość i dojrzałość; seks i obietnica sławy; ironia i manipulacja, zgorzkniała mądrość i pełna ciekawości naiwność. Gra odsłania tajemnice z przeszłości ich obojga, które w jeden wieczór, noc z 30 kwietnia na 1 maja 1969 roku, wywracają ich świat do góry nogami. Tak w największym skrócie streścić by można pełnometrażowy debiut Marcina Bortkiewicza „Noc Walpurgi”.

ImageFilm jest adaptacją monodramu Magdaleny Gauer, a choć rozpisuje go na dwie postaci, dwoje aktorów – diwę Norę (Małgorzata Zajączkowska) i zafascynowanego nią Roberta (Philippe Tłokiński) – zachowuje teatralną jedność miejsca, czasu i akcji. Nie sposób jednak wysuwać przeciw niemu zarzutów o „teatralność” – pierwszy film Bortkiewicza jest debiutem głęboko przemyślanym formalnie, bardzo sprawnym warsztatowo, dynamicznie posługującym się środkami wyrazu właściwymi kinu. Widać, że reżyser panuje tu nad każdą sceną, ujęciem, kadrem, że wie, co i jak chce pokazać. Ekspresyjne czarno-białe zdjęcia Andrzeja Wojciechowskiego, dynamiczny, trzymający rytm montaż debiutującego w pełnym metrażu Piotra Mendelowskiego dopełniają świetnego filmowego widowiska.

Nie byłoby go, gdyby nie dwójka znakomitych aktorów. Dziennikarze obecni na festiwalu Młodzi i Film w Koszalinie (gdzie „Noc Walpurgi” zdobyła pięć nagród) nagrodzili film za „przywrócenie polskiemu kinu Małgorzaty Zajączkowskiej”. Jej Nora to kolejna fascynująca dojrzała kobieta w polskim kinie po Wandzie Gruz w wykonaniu Agaty Kuleszy w „Idzie”. Jest jednocześnie wyniosła i słaba, arogancka i pełna lęku; uwodzicielska i wulgarna; pewna siebie, zaborcza, świadoma swoich pragnień (w tym seksualnych), a przy tym ciągle skrywająca wewnętrzne rany.

Kreacja Zajączkowskiej jest brawurowa, zagrana na maksymalnie wyciągniętej nucie, cały czas balansuje na granicy niezamierzonej autoparodii, ale nigdy jej nie przekracza – wytrzymuje napięcie. To może być kobieca nagroda aktorska w Gdyni. Na jej tle kreacja Tłokińskiego została zbudowana oszczędniej, nie ma charakteru warsztatowego popisu, jest bardziej wyciszona, czasami wręcz nieporadna. Ale też w tej nieporadności tkwi jej siła, tak jak w (pozornej) nieporadności Roberta, potrafiącego swoją młodość (i związany z nią erotyczny urok), naiwność, ignorancję przekuć w atuty w pojedynku z Norą.

Bortkiewicz jest bez wątpienia sporym filmowym talentem i czekam na jego następne filmy. Gratulując mu koszalińskich laurów i życząc dobrze w Gdyni, mam jednak wobec „Nocy Walpurgi” dwa zastrzeżenia, o których nie mogę tu nie wspomnieć. Pierwsze dotyczy zbyt wyraźnego wpływu wielkich mistrzów kina. Każdy sukces ma, jak wiadomo, kilku ojców, w „Nocy Walpurgi” z każdej sceny spogląda na filmowo obytego widza parada przodków z historii kina.

Kogo tam nie ma? Visconti (dekadencja, historia, klasy wyższe, demoniczne Niemcy), Polański (dynamicznie zmieniający się układ podporządkowania – dominacji w małej grupie osób zamkniętych w ciasnej przestrzeni), Zanussi z najlepszego okresu (niewinna młodość i ucząca – uwodząca – deprawująca ją dojrzałość); wreszcie jedyna z tego towarzystwa kobieta Liliana Cavani z „Nocnym portierem” (wspomnienia z przeszłości, sadyzm, pragnienie wpisane w nazizm). Ma się wrażenie, że te wielkie nazwiska i antenaci trochę film przytłaczają, że w podejściu do nich brakuje lekkości i swobody, walka o wyzwolenie się spod wpływu wielkich poprzedników, o uczynienie ich tematów i strategii estetycznych własnymi nie jest tu dość zacięta, reżyser nie zawsze wychodzi z niej obronną ręką.

Drugi problem jest chyba poważniejszy. Film jest tak przeładowany zasadniczymi kwestiami, że zbliża się niebezpiecznie do kliszy. Na końcu gra między Norą i Robertem przyspiesza jak uczestnicy wyścigu na ostatniej prostej, a na widza, niczym bomby w nalocie dywanowym, zrzucane są kolejne konteksty i przekroczenia. Mamy tu więc wątek nazistowskiego amoku, którego wyrazem był Holocaust, i obłędu kultury europejskiej odzwierciedlonego w szaleństwie wojny.

ImageTemat wydaje się potraktowany szczególnie schematycznie, powierzchownie, jakby został wzięty z bryku o Mannie i Viscontim. Gdy na końcu ujawniona zostaje ostatnia tajemnica, gdy zostajemy skonfrontowani z ostatnią transgresją tego filmu, mamy wrażenie mechanicznej próby szokowania. Zbyt wykalkulowanej, by mogła zadziałać. Ktoś bardziej złośliwy wobec „Nocy Walpurgi” niż ja mógłby nawet napisać, że to dzieło prymusa pozującego na „enfant terrible”, który chciał w jak najkrótszym czasie pokazać, jak wiele filmowych arcydzieł obejrzał i jak wiele tabu potrafi złamać.

Ale nie o złośliwości tu chodzi. Życzę temu filmowi sukcesu w spotkaniach z publicznością i na festiwalach, a reżyserowi kolejnych filmów. Radziłbym jednak: mniej Viscontiego więcej Dawickiego. Oskara, artysty wizualnego, autora pracy (składającej się z kartki z odręcznie napisanym tytułem) „Nigdy nie zrobiłem pracy o Holocauście”. Polecam ją Marcinowi Bortkiewiczowi jako inspirację na dalszej drodze twórczej.

Noc Walpurgi
Reżyseria Marcin Bortkiewicz. Scenariusz Marcin Bortkiewicz, Magdalena Gauer na podstawie dramatu Magdaleny Gauer „Diva”. Zdjęcia Andrzej Wojciechowski. Muzyka Marek Czerniewicz. Wykonawcy Małgorzata Zajączkowska (Nora Sedler), Philippe Tłokiński (Robert), Monika Mariotti (garderobiana), Mieczysław Gajda (portier). Produkcja PS Film. Polska 2015. Dystrybucja Aurora Films. Czas 75 min

Jakub Majmurek, Noc Walpurgi, „Kino" 2015, nr 09, s. 68

© Fundacja KINO 2015

POLECAMY: wywiad z Marcinem Bortkiewiczem w papierowym wydaniu „Kina” 9/2015

Zmieniony ( 02.10.2015. )