Noc w Ville-Marie

NOC W VILLE-MARIE
PIOTR CZERKAWSKI

Podczas seansu „Nocy w Ville-Marie” łatwo o kłopotliwe poczucie déja vu. Tego rodzaju kino – ogrywające natchnione banały o przypadku łączącym losy kilkorga nieznajomych – osiągnęło apogeum popularności na początku poprzedniej dekady. Niestety, wygląda na to, że fałszywi mistrzowie w rodzaju Toma Tykwera czy Alejandro Gonzáleza Inárritu wciąż znajdują epigonów. Kolejny z nich, Guy Édoin, umieścił akcję filmu w montrealskim szpitalu.

ImageSam wybór miejsca, w którym los zrównuje ze sobą przedstawicieli różnych środowisk i klas społecznych, wydaje się obiecujący. Reżyser w żaden sposób nie potrafi jednak wykorzystać jego potencjału. Ukazany w „Nocy w Ville-Marie” obraz szpitalnej codzienności nie wykracza poza standardy znane z dowolnego serialu medycznego. Na domiar złego wszystkie te krzyki chorych, westchnienia krewnych i szlachetne zapewnienia lekarzy wydają się artykułowane bez wiary i od niechcenia.

Fabuła filmu Édoina jest złożona z dwóch przeplatających się wątków, które sprawiają raczej wrażenie naszkicowanych w pośpiechu niż dogłębnie przemyślanych. Pierwszy z nich dotyczy relacji pomiędzy cierpiącym na zespół stresu pourazowego sanitariuszem, a zaprzyjaźnioną z nim pielęgniarką z ostrego dyżuru. Choć wątek wpływu ciężkiej pracy na pogmatwane życie osobiste Pierre’a i Marie ma w sobie pewien potencjał, to w praktyce trudno przejąć się losami bohaterów. Dzieje się tak głównie dlatego, że Édoin skąpi nam scen pozwalających w pełni doświadczyć trudu ich położenia. Scenom z życia Pierre’a i Marie wyraźnie brakuje sugestywności, obecnej choćby w „Ciemnej stronie miasta” Martina Scorsese, umiejętnie posługującej się estetyką sennego koszmaru.

Ciekawiej wypada w „Nocy w Ville-Marie” historia francuskiej gwiazdy, która przyjeżdża do Montrealu na zdjęcia do swego najnowszego filmu. Jednak bardziej niż jego fabuła, sprawiająca wrażenie nieudolnej imitacji hitchcockowskiego thrillera, interesuje bohaterkę możliwość spotkania z niewidzianym od trzech lat synem. Próba odbudowania rodzinnej więzi kończy się fiaskiem, gdyż Sophie Bernard okazuje się typem diwy uzależnionej od uwagi otoczenia.

Doskonale widać to w scenie, w której kobieta świętuje w restauracji urodziny potomka. Zamiast skupić się na rozmowie ze stęsknionym Thomasem, Sophie bierze do ręki mikrofon i – ku uciesze sali – śpiewa dedykowaną chłopakowi piosenkę. Przedstawienie emocjonalnej relacji matki i syna, opartej na jednoczesnym przyciąganiu się i odpychaniu, zbliża „Noc w Ville-Marie” do kina Xaviera Dolana. Édoin nie tylko nie wstydzi się tych inspiracji, lecz stara się je za wszelką cenę eksponować.

O ile jednak zabawa teledyskową formą doskonale sprawdza się w świecie twórcy „Wyśnionych miłości”, to w „Nocy w Ville-Marie” sprawia wrażenie wysilonej. Wizytówkę wrażliwości reżysera stanowi choćby przeestetyzowana i rozciągnięta w czasie scena nalewania luksusowego szampana, pasująca bardziej do telewizyjnej reklamy niż art house’owego kina. Ale problemem zdecydowanie większym niż umiłowanie formalnego efekciarstwa jest skłonność kanadyjskiego twórcy do pretensjonalnej symboliki.

Aby podkreślić, jak ważnym wątkiem filmu będzie relacja matki i syna, w jednej z pierwszych scen reżyser konfrontuje Thomasa z tajemniczą kobietą, która oddaje mu swoje niemowlę i znika bez śladu. Jakby tego było mało, wątek narodzin dziecka powróci jeszcze raz, by spiąć całą historię ostentacyjną klamrą.

ImageOd klęski nie uratowała „Nocy w Ville-Marie” nawet wcielająca się w rolę Sophie Monica Bellucci. Włoska piękność udowodniła wprawdzie, że nawet po pięćdziesiątce może rozkochać w sobie Jamesa Bonda, ale od dawna nie odniosła już sukcesu w kinie artystycznym. Udział w filmie Édoina nie poprawi tego bilansu, bo aktorka – choć w roli zmanierowanej diwy wypada świetnie – nie jest w stanie przysłonić niedociągnięć scenariusza.

Chaotyczność tekstu szczególnie mocno daje się we znaki w finale. Mimo że dotychczasowy przebieg wydarzeń nastraja raczej depresyjnie, Édoin wymarzył sobie, że „wszyscy będą żyli długo i szczęśliwe”. Interwencja zardzewiałej deus ex machiny prowokuje zatem absurdalne zwroty akcji prowadzące w stronę wymuszonego pokrzepienia. Dumny ze swych dobrych intencji reżyser nie zauważa, że „Noc w Ville-Marie” okazuje się ostatecznie równie kiczowata jak film, w którym występuje Sophie Bernard.

Ville-Marie
Reżyseria Guy Édoin. Scenariusz Jean-Simon Desrochers, Guy Édoin. Zdjęcia Serge Desrosiers. Muzyka Olivier Alary, Johannes Malfatti. Wykonawcy Monica Bellucci (Sophie Bernard), Pascale Bussieres (Marie Santerre), Aliocha Schneider (Thomas), Patrick Hivon (Pierre Pascal), Louis Champagne (Benoit Tremblay), Frédéric Gilles (Robert M.). Produkcja Max Films Media. Kanada 2015. Dystrybucja Kino Świat. Czas 101 min

Piotr Czerkawski, Noc w Ville-Marie, „Kino" 2016, nr 7, s. 84

© Fundacja KINO 2016

Zmieniony ( 29.07.2016. )