Powidoki

POWIDOKI
MAŁGORZATA SADOWSKA

Podczas seansu „Powidoków” brzmiały mi w uszach słowa anarchisty Gryziaka, bohatera „Gorączki” Agnieszki Holland: „Ale ja nie chcę do niczego dojść, ja jestem wolny człowiek”. Oczywiście, wszystko za sprawą obdarzającego Gryziaka swoim szelmowskim uśmiechem Bogusława Lindy, który zagrał również Władysława Strzemińskiego w filmie Andrzeja Wajdy. Działa tu bowiem zasada powidoku.

Linda jest nie tylko aktorem wcielającym się w postać Strzemińskiego – razem z nim na ekranie uobecnia się cała artystyczna biografia aktora: wspaniałe, acz przez lata zamrożone na półkach role w „Przypadku”, „Matce Królów”, „Kobiecie samotnej” czy wspomnianej wyżej „Gorączce”; później gwałtowny komercyjny skręt przypieczętowany rolą w „Psach”, rozmaite kompromisy a wreszcie rodzaj kinowego niebytu, na jaki sam siebie poniekąd skazał.

Opowieść o Lindzie – kontynuatorze heroicznej linii w polskim kinie, spadkobiercy Cybulskiego i Olbrychskiego – która tu się podskórnie toczy, jest wariantem opowieści o „wymacywaniu” sobie artystycznej wolności; o jej kosztach i jej znaczeniu w PRL-u i w tak zwanych „nowych czasach”, już po transformacji ustrojowej. Oglądając „Powidoki” nie sposób nie odnieść wrażenia, że Wajda przegląda się w cudzych biografiach, przymierza do nich własną, rozważając swoje wybory, może je kwestionując, a z pewnością stawiając pytania o ich słuszność, o to kim jest ten Gryziakowy „wolny człowiek”?

Czy to Strzemiński, który doświadczył degradacji, utracił absolutnie wszystko, zrzekł się rodzicielskiej odpowiedzialności za córkę, ale zachował artystyczną bezkompromisowość („Po jakiej stronie pan stoi?” – pyta go PRL-owski urzędnik. „Po swojej” – odpowiada Strzemiński)? Czy wolnym człowiekiem był Andrzej Panufnik, którego muzyka rozbrzmiewa w filmie, a którego władze uznały – kiedy wyjechawszy do Londynu w 1954 roku poprosił tam o azyl – za zdrajcę? Wybór tego właśnie kompozytora na towarzysza opowieści o związkach polityki i sztuki wydaje się znamienny.

A przecież w losie Strzemińskiego mamy też powidok losu Andrzeja Wróblewskiego, którego twórczość jest w kinie Wajdy intensywnie obecna. To dzieła Wróblewskiego, na których widnieją połamane, pokawałkowane ciała, zainspirowały sposób, w jaki w „Popiele i diamencie” (1958) umiera na wysypisku śmieci Maciek Chełmicki. Na wystawę dzieł Wróblewskiego idzie we „Wszystkim na sprzedaż” (1968) grany przez Andrzeja Łapickiego reżyser. Jego żona (Beata Tyszkiewicz) zostaje wtedy w aucie, ma dość okropieństw. „Straszne, kiedy po człowieku zostają takie strzępy, tylko okruchy” – mówi.

W „Powidokach” zakochana w malarzu studentka przynosi mu białe margerytki. Gdy wyrzucony z uczelni, pozbawiony finansowej pomocy, wymazany z historii sztuki awangardzista wie, że nie ma już żadnej nadziei na odmianę losu, macza białe główki w błękitnej farbie, żeby zanieść je na grób byłej żony, wielkiej artystki, Katarzyny Kobro. Błękit to kolor jej oczu – ale też kolor śmierci na obrazach Wróblewskiego. Nic więc dziwnego, że ostatnia scena „Powidoków”, rozegrana na sklepowej wystawie, pośród manekinów, sprawia wrażenie ożywionych na ekranie „Rozstrzelań”.

Ostatni film Andrzeja Wajdy jest w ogóle bardzo malarski, a przy tym paradoksalny: wywołując bowiem ducha awangardy, zamyka go w scenach i obrazach kojarzących się raczej z socrealizmem (szczególnie że i na poziomie dialogów mamy do czynienia z nadmiernym dydaktyzmem). A może na tym polega Wajdowski plastyczny i filmowy geniusz? Czyż bowiem opresja, w jakiej znalazł się Strzemiński, nie staje się tym potworniejsza, gdy widzimy, jak zaciska się wokół niego i zamyka go w swoim wnętrzu rzeczywistość rodem z obrazów Kobzdeja czy Krajewskich? Oto wolny człowiek kuśtykający przez zniewolony, spętany świat, niemal fizycznie przez niego złamany. Nie pasujący do umasowionej sztuki, wyobraźni i świadomości.

„To, co się teraz dzieje, to tylko wiatr historii ”– mówi jednak uczniom Strzemiński, nim zostanie przezeń zdmuchnięty. Andrzej Wajda mógłby potwierdzić te słowa, wszak przeżył niejedną dziejową wichurę. Przetrwał, bo wybrał ścieżkę kompromisów, negocjacji, potyczek i gier z władzą. Każdym filmem wyrąbywał sobie przestrzeń wolności – artystycznej, politycznej, osobistej.

Wajda świadczył przede wszystkim kinem, Strzemiński świadczył losem i postawą, obracając schyłek własnego życia w jedno ze swoich najważniejszych dzieł. Obie biografie (a trzeba przy tym pamiętać, że dojrzałe lata Strzemińskiego przypadły na okres stalinizmu, zaś Wajda zaczynał w szczelinach wolności, jakie otworzyła późniejsza „odwilż”) przynoszą zwycięstwo sztuki. I nadzieję, że to, czego dziś jesteśmy świadkami, „to tylko wiatr”. Który pewnego dnia zmieni kierunek.

Powidoki
Reżyseria Andrzej Wajda. Scenariusz Andrzej Mularczyk. Zdjęcia Paweł Edelman. Muzyka Andrzej Panufnik. Wykonawcy Bogusław Linda (Władysław Strzemiński), Bronisława Zamachowska (Nika Strzemińska), Zofia Wichłacz (Hania), Andrzej Konopka (personalny), Krzysztof Pieczyński (Julian Przyboś), Mariusz Bonaszewski (Madejski), Szymon Bobrowski (Włodzimierz Sokorski), Aleksander Fabisiak (dyrektor Rajner). Produkcja Akson Studio. Polska 2016. Dystrybucja Akson Dystrybucja. Czas 98 min

Małgorzata Sadowska, Powidoki, „Kino" 2017, nr 1, s. 68

© Fundacja KINO 2016

POLECAMY: wywiady ze scenarzystą filmu Andrzejem Mularczykiem oraz z prof. Januszem Zagrodzkim, autorem książek o Władysławie Strzemińskim i Katarzynie Kobro, w papierowym wydaniu „Kina” 1/2017

Zmieniony ( 16.01.2017. )