Dzika

DZIKA
DOMINIKA BIERCZYŃSKA

Reżyserka filmu, Niemka Nicolette Krebitz, stąpała po grząskim gruncie: Ania, młoda kobieta ostentacyjnie odtrącana przez otoczenie – zwłaszcza przez mężczyzn – przyprowadza do mieszkania napotkanego w pobliskim parku wilka. Kobieta traktuje zwierzę jak kochanka. Wzajemnie się oswajają – wilk uczy się życia z człowiekiem, ona uczy się samej siebie. Wilk staje się obrońcą Ani, a Ania – już bezpieczna, spokojniejsza – wyzwala się spod męskiej dominacji, odkrywa swoją seksualność.

Ale Krebitz poległa. Każe nam błąkać się po świecie, który jest światem z makiety. Mamy czuć się nieswojo? Dobrze, dostajemy szare blokowiska, nieprzyjazne wnętrza biur, hurtowni czy mieszkania. A przecież nawet takie scenerie, choćby miały męczyć swoją monotonią i chłodem, powinny być naznaczone indywidualnym rysem – tymczasem wszystko tu jest z katalogu, płaskie i bez wyrazu.

Są w tym świecie postaci – ale to nie postaci, tylko chodzące stereotypy: mężczyźni zredukowani do agresorów, którzy traktują kobiety przedmiotowo, kobiety do obiektów seksualnych. Ten świat – pogrążony w marazmie i kompulsywnym pożądaniu, gdzie seks jest tylko narzędziem władzy i kartą przetargową – mógł być wiarygodny, gdybyśmy identyfikowali się z bohaterką, której oczami tę rzeczywistość oglądamy. Filmowe bohaterki takie jak Ania – żyjące na uboczu, zagubione i ciche, mające w sobie przeklęty dar – bywają przecież fascynujące.

Ale aktorce, Lilith Stangenberg, nie udało się stworzyć pełnokrwistej postaci. Jej twarz nieustannie przyjmuje wyraz szalonego otępienia, a głos brzmi jak nieporadne gaworzenie infantylnej dziewczyny. I tyle – żadnego magnetyzmu, tylko irytująca maniera. Stangenberg węszy i nasłuchuje jak zwierzę, osłupiała zamiera albo wije się w konwulsjach, gdy dostrzega wilka, bojąc się go, a jednocześnie pragnąc.

Miało być cierpienie upokarzanej kobiety, miał być jej triumf i wyzwolenie: są tylko pozy i pretensja. Krebitz uparcie podtrzymuje ton serio – efekt jest jednak odwrotny do zamierzonego: obława na wilki – która powinna być niepokojącym plemiennym rytuałem, a tańcząca Ania szamanką – prawdziwą, dziką – wypadają komicznie. Szkoda, bo Krebitz kilkakrotnie pokazuje, że była bliska wykorzystania potencjału tkwiącego w historii. Starała się wydobyć z niej niepokojącą baśniowość, surrealną poetykę, grozę i drapieżność – tyle że bardzo nieporadnie.

Krebitz chciała szokować: chciała być jednocześnie naturalistyczna – czytaj: śmiała i wyzwolona – chciała być też tajemnicza. Ale nie udało jej się zachować równowagi: nie ma wywrotowej siły, jest za to toporna, nudna dosłowność. Domyślam się, że seksualne czy fekalne ekscesy Ani stanowią kolejny krok na jej drodze ku wolności; że musi dokonać rebelii, kierować się pierwotnym instynktem, żeby odkryć swoją tożsamość i poczuć spełnienie. Wszystko to jednak nuży i drażni. Nie ma też tajemnicy – są luki, pustka. „Dzika” sprawia wrażenie pobieżnych notatek nastolatki: nie wystarczyło jej dyscypliny, żeby rozbudować swoją historię, zagęścić ją i dopracować – zdążyła tylko zachłysnąć się swoją wizją.

Wild
Scenariusz i reżyseria Nicolette Krebitz. Zdjęcia Reinhold Vorschneider. Wykonawcy Lilith Stangenberg (Ania), Georg Friedrich (Boris), Saskia Rosendahl (Jenny), Silke Bodenbender (Kim), Pit Bukowski (Tom). Produkcja Heimatfilm. Niemcy 2016. Dystrybucja Bomba Film. Czas 97 min

Dominika Bierczyńska, Dzika, „Kino" 2017, nr 1, s. 85

© Fundacja KINO 2017

Zmieniony ( 27.05.2017. )