Tully

TULLY
URSZULA ŚNIEGOWSKA

Przedmieście Nowego Jorku. Trzydziestokilkuletnia Marlo (Charlize Theron) w zaawansowanej ciąży, z dwójką małych dokazujących dzieci u boku, próbuje przygotować śniadanie i wyjazd do szkoły. W raczej małym (jak na amerykańskie warunki klasy średniej) domu na nic nie ma miejsca, bałagan jest wszechobecny, a sama Marlo, oblepiona dziecięcymi naklejkami, umazana obiadową papką i roztopioną czekoladą, wykończona kieratem ledwo jest w stanie dotrwać do wieczora. Na domiar złego jedno z dzieci, wyraźnie autystyczne, sprawia kłopoty w szkole i Marlo musi stoczyć bój z dyrektorką placówki.

Mąż Marli, Drew (Roy Livingston), prowadzi nieźle prosperującą firmę, ale z jakiegoś tajemniczego powodu bohaterowie nie mogą pozwolić sobie na opiekunkę do dzieci albo choćby sprzątaczkę. Nie mówiąc już o dostosowaniu możliwości prokreacyjnych do realiów ekonomicznych. Drew, jak przystało na współczesnego Piotrusia Pana, spędza wieczory, grając na konsolecie.

Małżeństwo, niegdyś pewnie szczęśliwe (troje dzieci w końcu nie pojawiło się chyba przez przypadek!), przechodzi poważny kryzys. Szczytem wszystkiego jest komentarz Drew, który wróciwszy z pracy i zastawszy rodzinę przy kolacji, wyśmiewa umęczoną Marlę za kulinarną nieudolność: znów pizza z zamrażalnika!

Dramat staje się jeszcze bardziej dojmujący po narodzinach trzeciego dziecka. Szkraby dokazują jak zwykle, a do tego niemowlę wymaga karmienia i nocnego wstawania. W pseudonowoczesnym społeczeństwie matka jest niezastąpiona. Nikt nie słyszał o karmieniu butelką, dzieleniu obowiązków z ojcem dziecka? Jednym słowem, jeśli jeszcze nie jesteś matką, kobieto, pomyśl dwa razy!

Wybawieniem okazuje się dopiero brat bohaterki: stereotypowy człowiek sukcesu (świetny w roli młodego biznesmena Mark Duplass), który ma kasę, ale i pomysły, jak uczynić bardziej znośnym życie w ogóle, a w szczególe życie siostry. Nie ma skrupułów, żeby z poczuciem satysfakcji sprezentować jej nocną opiekunkę do niemowlaka.

Tak w życiu Marli pojawia się Tully. Żadna z niej pani Doubtfire czy Mary Poppins, ale z niemowlęciem radzi sobie doskonale. Obecność dziewczyny pozwala Marli na nowo odnaleźć samą siebie: wyspać się, zrzucić wagę, oddać się pieszczotom z mężem…

Tully coraz intensywniej wkracza w życie rodziny. Pojawia się o dowolnej porze w dzień i w nocy, zaprzyjaźnia się z Marlo, samotną w kieracie macierzyństwa. Potrafi nawet rozbudzić na nowo pożądanie w mężu gospodyni. Aż pewnego dnia pomoże Marlo wyrwać się wieczorem do miasta do ulubionej knajpy…

Wolność jednak, choćby chwilowa, ma zgubne skutki. A z okowów rodzinnego życia nie da się wyrwać. Powoli rozwijająca się czarna komedia (perypetie samotnej de facto matki ogląda się właściwie jak ciąg niemal slapstickowych gagów) nieoczekiwanie przeradza się w thriller.

Najmocniejszą stroną filmu są aktorki: Charlize Theron i Mackenzie Davies, idealnie wcielające się w dwie odsłony tej samej kobiety, przed i po macierzyństwie. Z wprawą kameleona Theron odtwarza kolejne wcielenia Matki-Monstera. Jak zauważyła Amy Nicholson w „Guardianie”: „Theron wyglądała na szczęśliwszą, prowadząc ciężarówkę przez pustynię w postapokaliptycznym świecie Mad Maxa niż w domowym kieracie”.

Davies, niezbyt atrakcyjna na pierwszy rzut oka, o intrygującej urodzie przypominającej młodą Frances McDormand, zagrała w „Marsjaninie” i „Blade Runnerze 2049”, gdzie świetnie wykorzystano jej naturalny chłód i kanciastość, tu skontrastowaną z ciepłem i „rozmemłaniem” matki Theron. Mackenzie wykorzystała też w kreacji Tully doświadczenie z filmów kręgu „american indie”.

Na American Film Festival pokazywany był thriller „Zawsze piękna” (Always Shine) z jej udziałem, gdzie jak w „Personie” Bergmana – oczywiście porównanie dotyczy jedynie zarysu historii, nie klasy filmu – bohaterka Mackenzie przejmowała tożsamość przyjaciółki.

„Tully” to film z pozoru feministyczny. Choć wyreżyserował go Jason Reitman, scenariusz napisała Diablo Cody, autorka „Juno” i „Kobiety na skraju dojrzałości” (Young Adult), relacjonujących poprzednie etapy życia kobiety: nastolatki i dwudziestoparolatki. Diablo wychowała dwoje dzieci, pracując zawodowo (jako striptizerka!).

Domyślam się, że część doświadczeń przeniosła do scenariusza (w końcu nieczęsto żeńskie imiona kończą się na „o”). Musiały być to przeżycia traumatyczne, skoro film tak jednoznacznie odstręcza od macierzyństwa. Jawi się ono jako pułapka bez wyjścia, nie sprawia żadnej radości czy satysfakcji, choćby z obserwacji rozwoju dziecka i odwzajemnianej miłości.

Pierwsza, zdecydowanie komediowa część filmu zapowiada naturalistyczną obserwację życia amerykańskiej klasy średniej w aspekcie macierzyństwa, rzadko dotąd obecnym w kinie. Druga część, znacznie bardziej dramatyczna, jedynie najgorsze wnioski z tej obserwacji potwierdza.

Jeśli „Tully” miała kobietom „uwikłanym” w macierzyństwo pozwolić poczuć się mniej samotnie – kompletnie tego zadania nie spełniła. Skutek filmu jest – wbrew założeniom twórców – podobny do tego, jaki ma dla wielu „Mother!” Aronofsky’ego.

W gruncie rzeczy „Tully” to film przede wszystkim antykoncepcyjny: posiadanie potomstwa jawi się nie tylko jako doświadczenie męczące, ale wręcz prowadzące do tragedii. Nie oglądajcie filmu Reitmana i Cody, jeśli właśnie planujecie dzieci. Istnieje ryzyko, że możecie nagle zmienić plany.

Tully
Reżyseria Jason Reitman. Scenariusz Diablo Cody. Zdjęcia Eric Steelberg. Muzyka Rob Simonsen. Wykonawcy Charlize Theron (Marlo), Mackenzie Davis (Tully), Mark Duplass (Craig), Ron Livingston (Drew). Produkcja Bron Studios, Right Way Productions, Denver And Delilah Productions. USA 2018. Dystrybucja M2 Films. Czas 96 min

Urszula Śniegowska, Tully, „Kino" 2018, nr 05, s. 76-77

© Fundacja KINO 2018

Zmieniony ( 13.05.2018. )