Sweet Country

SWEET COUNTRY
PIOTR DOBRY

Lata 20. XX wieku. Niby australijskie Terytorium Północne, a jakby amerykańskie Południe. Niemłody już Sam Kelly jest jednym z Aborygenów rozproszonych gdzieś na pograniczu ziemi plemiennej i osad kolonizatorów. Pracodawca Sama, chrześcijański kaznodzieja Fred Smith, to przyzwoity człowiek, który traktuje robotnika i jego żonę Lizzie jak równych sobie. Ale większość białych nie jest tak łagodna i szlachetna.

Dlatego, kiedy Sam zabija w samoobronie straumatyzowanego weterana wojennego, doskonale zdaje sobie sprawę, że musi uciekać. W ślad za nim rusza prowizoryczna brygada pościgowa, zmontowana naprędce przez zawziętego niczym Ahab z „Moby Dicka” sierżanta Fletchera, twardogłowego stróża prawa, święcie przekonanego o winie czarnego zbiega.

Gwałtowne wydarzenia towarzyszą nam zatem od pierwszych minut. Mimo to reżyser wystrzega się dosadnych scen przemocy rodem z niedawnego „Bone Tomahawk”, choć oba filmy łączy podobnie posępny charakter i narracja pościgu, który ma więcej wspólnego z medytacją niż gonitwą.

Tempo „Sweet Country” jest spokojne i miarowe, a na ścieżkę dźwiękową, całkowicie pozbawioną muzyki, składają się głównie odgłosy natury. Sugestywnej całości dopełniają tyleż piękne, co ponure widoki brunatnych równin, trawiastych wzgórz czy pustyni solnej.

Dla widzów wychowanych na westernach film Thorntona będzie z pewnością ciekawym doświadczeniem. Archetypiczna opowieść zostaje tu wpisana w zasadniczo obce nam realia, kompletnie zresztą odarte z sentymentalizmu, bardziej nawet nie tylko od wystawnej „Australii” Baza Luhrmanna, ale i od stosunkowo skromnego „Polowania na króliki” Phillipa Noyce’a.

Ten ostatni film, przypomnijmy, opowiada o aborygeńskich dziewczynkach z tzw. „skradzionego pokolenia”, poddanych przymusowej asymilacji – temat ten pojawia się także w wątku pobocznym „Sweet Country” za sprawą chłopca imieniem Philomac.

Poszczególne rozwiązania fabularne nierzadko przywodzą na myśl żelazną klasykę gatunku – „Poszukiwaczy” czy „Człowieka, który zabił Liberty Valance’a” Johna Forda. Sam Kelly, znakomicie sportretowany przez naturszczyka Hamiltona Morrisa, przypomina postaci grane często przez Henry’ego Fondę – zrównoważony, stoicki, a jednak potrafiący samym tylko upartym milczeniem wyzwolić potężne emocje. Jego postawa wzbudza wreszcie szacunek nawet zaciekłego Fletchera, również świetnie zinterpretowanego przez Bryana Browna.

Thornton w ogóle nie idzie na łatwiznę; nie jest tak – czego można się z początku spodziewać – że szlachetnym Aborygenom zostają przeciwstawione jednowymiarowe personifikacje rasizmu i kolonializmu. Postawy bohaterów są zniuansowane, każdy ciągnie za sobą jakiś ciężar z przeszłości.

Z kolei Kelly reprezentuje nie tylko uciskaną mniejszość, ale i wstecznictwo uprzedmiotowiające kobiety i wspierające pośrednio kulturę gwałtu. Dehumanizacja kobiet jest kwestią całkowicie ponadrasową – zauważają twórcy – i jest to chwalebne podejście w filmie, którego reżyserem i scenarzystami są Aborygeni.

Ale Thornton idzie jeszcze krok dalej, sugerując, że inna wersja historii Sama po prostu nie byłaby możliwa z powodu zaszłości historycznych i odwiecznego klinczu pomiędzy autochtonami a przybyszami. Bo czy można tak do końca winić złego Fletchera, skoro jest produktem kultury i środowiska, które go ukształtowało?

I czy dobry kaznodzieja Fred rzeczywiście jest taki „dobry”, skoro jego natchniona gadanina okazuje się całkowicie nieefektywna? Film – ironiczny już, rzecz jasna, w tytule – zjadliwie odnosi się także do mitu białego zbawcy.

Przesłanie płynące z tego rewizjonistycznego westernu zahacza o „oczywistą oczywistość”, jednak jest warte przypominania: nie możemy cofnąć czasu i zmienić przeszłości, ale możemy pracować na lepszą przyszłość. Nie zbudujemy jej jednak bez uczciwego przepracowania problemu i otwartego przyznania się do głębokich korzeni współczesnego rasizmu.

Co prawda, już dekadę temu australijski rząd oficjalnie przeprosił rdzenną ludność za dyskryminację i prześladowania, ale Aborygeni pozostają na Antypodach bardzo niewygodnym tematem, zaś ich miejska populacja zamieszkuje głównie slumsy, podobnie jak Afroamerykanie w USA.

W tym kontekście „Sweet Country” rezonuje z wybitnym „Uciekaj!” Jordana Peele’a, nagrodzonym w tym roku Oscarem za scenariusz. Oba filmy koncentrują się wokół napięć rasowych, a także perspektyw i doświadczeń ludzi spychanych na cichy margines społeczeństwa.

„Jakie szanse ma ten kraj?” zastanawia się Fred pod koniec „Sweet Country”, w drugiej dekadzie XX wieku. Sto lat później pytanie wciąż jest aktualne. Nie tylko zresztą w Australii.

Sweet Country
Reżyseria Warwick Thornton. Scenariusz Steven McGregor, David Tranter. Zdjęcia Dylan River, Warwick Thornton. Wykonawcy Hamilton Morris (Sam Kelly), Natassia Gorey Furber (Lizzie), Bryan Brown (sierżant Fletcher), Sam Neill (Fred Smith), Matt Day (sędzia Taylor). Produkcja Bunya Productions, Sweet Country Films. Australia 2017. Dystrybucja Aurora Films. Czas 113 min

Piotr Dobry, Sweet Country, „Kino" 2018, nr 06, s. 72

© Fundacja KINO 2018

POLECAMY: wywiad z Warwickiem Thorntonem w papierowym wydaniu „Kina” 6/2018

Zmieniony ( 15.06.2018. )