Korpo

KORPO
GRZEGORZ FORTUNA JR

W mrocznej epoce początków Internetu niezwykłą popularność zyskał krótki filmik przedstawiający pracownika wielkiej korporacji, który rozwala w drobny mak klawiaturę i zrzuca komputer z biurka, po czym wychodzi poza kadr, uwolniony od ciężaru stresu i irytacji. Ten kilkudziesięciosekundowy materiał, przesyłany jeszcze wtedy za pomocą maili, a nie mediów społecznościowych, pełnił poniekąd rolę katharsis – był fantazją o tym, co większość pracowników korporacji chętnie by zrobiła, gdyby starczyło jej odwagi, a na koncie nie straszyło polecenie zapłaty kolejnej raty kredytu.

„Korpo” Joe Lyncha to taka sama fantazja, tylko że rozciągnięta do rozmiarów filmu pełnometrażowego. Akcja rozgrywa się w bliskiej przyszłości (albo równoległej rzeczywistości), w której ludzkość musi borykać się z nieznanym wcześniej wirusem o nazwie ID-7.

Choroba nie jest co prawda śmiertelna, ale wyzwala w zainfekowanych najgorsze instynkty – wyłącza moralność, podkręca agresję, burzy społeczne bariery. Zarażeni zaczynają więc niszczyć wszystko, co znajduje się wokół nich, publicznie uprawiać dziki seks, a w skrajnych przypadkach nawet zabijać. Antidotum zostało wynalezione, ale potrzeba kilku godzin, żeby zadziałało. W tym czasie chorzy potrafią zrobić niezły bałagan.

Co ciekawe, Lyncha w ogóle nie interesuje sama walka z wirusem, będąca zazwyczaj podstawą fabuł filmów o epidemiach. Zamiast tego skupia się na społecznych i prawnych konsekwencjach choroby. Na protagonistę wybiera Dereka Cho (Steven Yeun), aspirującego pracownika wielkiej firmy prawniczej, któremu udało się znaleźć lukę w kodeksie, pozwalającą na udzielanie amnestii za czyny popełniane pod wpływem choroby.

Cho piąłby się pewnie coraz wyżej po szczeblach kariery, ale już w pierwszym akcie zostaje wrobiony przez ulubienicę szefa i natychmiast zwolniony. Gdy ma opuścić wieżowiec firmy, pod jej drzwi podjeżdżają oddziały jednostek specjalnych, a cały budynek zostaje poddany kwarantannie – ID-7 wykryto w systemie wentylacyjnym, wszyscy pracownicy za chwilę zostaną zarażeni.

Zamknięty w szklanej pułapce Derek szybko odkrywa, że to dla niego jedyna szansa, żeby zemścić się na szefostwie – czyny popełnione w trakcie zakażenia nie będą wszak ścigane sądownie. Żeby pozabijać bossów, łączy siły z ograbioną przez bank Melanie (Samara Weaving) i zaczyna się wspinać na kolejne piętra firmy – tym razem dosłownie.

Po drodze będzie musiał pokonać między innymi bezdusznego dyrektora do spraw zasobów ludzkich (przypominającego zresztą przeciwnika Bonda), pozbawioną jakichkolwiek pozytywnych cech przełożoną i całą bandę zbirów wynajętych przez szefa.

„Korpo” niby wygląda jak połączenie „Nocy oczyszczenia” z doskonałym indonezyjskim „Raid”, w którym grupa policjantów przebijała się przez wieżowiec, żeby dotrzeć do narkotykowego barona, ale Lynchowi nie chodzi jedynie o bijatyki i strzelaniny. W dzisiejszych czasach, w których prawniczo-bankowe molochy często utożsamiane są z siedliskami zła, film Lyncha zyskuje wymiar polityczny i stara się być satyrą na świat open space’ów, garniturów i tabelek w Excelu.

Przyzwyczajeni do ciągłych negocjacji bohaterowie nawet w obliczu śmiertelnego zagrożenia przerywają mordobicia, żeby dobijać targów, a metaforą pozycji poszczególnych postaci stają się narzędzia zbrodni – Derek i Melanie walczą za pomocą młotka, klucza francuskiego i gwoździarki, podczas gdy szef firmy (przypominający nieco Ala Pacino w „Człowieku z blizną”) tłucze przeciwników luksusowymi kijami do golfa.

Choć wizja totalnej anarchii w korporacyjnym świecie spodobałaby się zapewne pracownikom warszawskiego Mordoru przy Domaniewskiej, a oglądanie fruwających kserokopiarek ma niepokojąco katartyczny wymiar, Lynchowi nie udaje się ostatecznie dotrzymać kroku pomysłowi wyjściowemu.

Kolejne pojedynki raczej nużą niż bawią, a twórcy zapominają o zasadach gry, którą sami stworzyli. Mimo że Derek i Melanie także zostają zainfekowani wirusem, zachowują jasność umysłu i przez cały film działają z zimną krwią, podczas gdy naokoło rozgrywa się prawdziwa orgia zniszczenia. Nie ma w tym żadnej logiki, skoro choroba rzekomo atakuje wszystkich.

W obliczu wartkiej akcji i efektownych pojedynków być może dałoby się jeszcze przymknąć na to oko, gdyby nie prowadzona przez Dereka narracja zza kadru i płynąca z niej puenta. W finale „Korpo” zmienia się bowiem w moralitet, a bohater przestrzega widzów, żeby podążali za głosem serca i przejęli kontrolę nad własnym życiem, póki nie jest za późno.

Nawet najlepszy prawnik nie znalazłby luki pozwalającej usprawiedliwić tak wielki banał. Finał uwypukla zresztą fakt, że nikt nie „zbrifował” twórców, by „sfokusowali” się na scenariuszu, a nie jedynie na „targecie”. Jeśli więc szanujecie swój tajm, to „ASAP” wybierzcie inny film, bo w „Korpo” aż roi się od „fakapów”.

Mayhem
Reżyseria Joe Lynch. Scenariusz Matias Caruso. Zdjęcia Steve Gainer. Muzyka Steve Moore. Wykonawcy Steven Yeun (Derek Cho), Samara Weaving (Melanie Cross), Steven Brand (John Towers, szef), Caroline Chikezie (Syrena), Kerry Fox (Irene Smythe), Dallas Roberts (Żniwiarz). Produkcja Circle of Confusion, Royal Viking Entertainment. USA 2017. Dystrybucja Mayfly. Czas 86 min

Grzegorz Fortuna jr, Korpo, „Kino" 2018, nr 09, s. 80-81

© Fundacja KINO 2018

Zmieniony ( 11.10.2018. )