Pierwszy człowiek

PIERWSZY CZŁOWIEK
PIOTR CZERKAWSKI

Chyba żaden współczesny reżyser nie zwalcza mitu „amerykańskiego snu” z taką zajadłością jak Damien Chazelle. Bohaterowie twórcy „Whiplash” nie mają szans, by skorzystać z – zapisanego przecież w konstytucji Stanów Zjednoczonych – „prawa do szczęścia”. Zamiast tego oferuje im się protezę – zawodowy sukces, którego ceną staje się pasmo wyrzeczeń i upokorzeń.

Strategia ta zastosowana w dwóch poprzednich filmach Chazelle’a – wspomnianym „Whiplash” i „La La Land” – wydawała się jeszcze stosunkowo niewinna. Choć historie te mają wyjątkowo gorzki posmak, opisują przecież losy fikcyjnych postaci i stanowią jedynie wytwór reżyserskiej wyobraźni.

Co jednak, jeśli równie kontrowersyjną metodę przyjąć także na gruncie biografii jednego z największych amerykańskich bohaterów XX wieku – astronauty i „zdobywcy Księżyca” Neila Armstronga? Prowokuje to skandal mogący skierować dyskusję na niewłaściwe tory i odwrócić uwagę od tkwiących w „Pierwszym człowieku” wartości artystycznych.

Na wybuch afery nie trzeba było długo czekać. Nastąpił on raptem dwa dni po światowej premierze filmu na festiwalu w Wenecji. Dzieło Chazelle’a rozwścieczyło republikańskich polityków, zarzucających reżyserowi brak patriotyzmu. Dowód na to – w przekonaniu oskarżycieli – stanowi fakt, że amerykański twórca nie umieścił w fabule ikonicznej sceny z Armstrongiem zatykającym na powierzchni Księżyca amerykańską flagę.

W awanturę szybko wmieszał się prezydent Trump, który grzmiał w swoim stylu: „To wielkie nieszczęście. Niemalże obraza wielkiego osiągnięcia Amerykanów. Kiedy myślisz o Neilu Armstrongu i lądowaniu na Księżycu, automatycznie myślisz też o amerykańskiej fladze”.

Choć cała ta burza doskonale wpisuje się w klimat groteskowego folkloru politycznego naszych czasów, rodzi się pokusa, by przyjrzeć jej się na poważnie. Całkiem możliwe przecież, że amerykańscy patrioci traktują „kwestię flagi ”wyłącznie jako pretekst. W rzeczywistości przeciwnicy Chazelle’a zapewne mają reżyserowi za złe to, że jego wizja Armstronga daleka jest od hagiografii.

W „Pierwszym człowieku” amerykański astronauta nie jest pomnikowym herosem, lecz obsesjonatem, traktującym pracoholizm jako odtrutkę na tragedię, która spotkała go w życiu rodzinnym. Właśnie dlatego – co mogło szczególnie rozdrażnić Trumpa i spółkę – filmowy Armstrong nie nadaje się na symbol niekwestionowanego zwycięstwa.

Nawet gdy astronauta spełnia swe marzenia i zyskuje szansę na przejście do historii, jego uśmiech pozostaje naznaczony melancholią. Mężczyzna zbyt dobrze wie, że doświadczonej niedawno traumy nie zrekompensują mu żadne zaszczyty.

Chazelle potrafi wygrać na ekranie tę bolesną samoświadomość Armstronga. Doskonałym pomysłem reżysera było już obsadzenie w głównej roli Ryana Goslinga. Hollywoodzki gwiazdor o przystojnej twarzy idealnie pasowałby do wizji, w której pokazano by astronautę jako kogoś, kto – trawestując osławiony slogan polityczny – „uczynił Ameryką znów wielką”.

To, że Chazelle umieszcza Goslinga w innym kontekście, ma znaczenie ideologiczne, ale najzwyczajniej w świecie służy również dobru opowieści. Kontrast wynikający z faktu, że idol tłumów wciela się w człowieka dotkniętego bezbrzeżnym smutkiem, wytrąca widza z równowagi i każe mu śledzić „Pierwszego człowieka” z rosnącym zainteresowaniem.

Podobny element zaskoczenia niosą sceny przedstawiające astronautę już po powrocie z bezprecedensowej misji. Zamiast pokazywać wiwatujące tłumy, reżyser woli eksponować doświadczenie samotności protagonisty udającego się na obowiązkową kwarantannę.

Ośrodek, w którym umieszczono Armstronga, nie ma w sobie nic z luksusowego pałacu, jaki pasowałby do nowego bohatera narodowego. Istotne dla fabuły miejsce przypomina raczej bezduszne w swej sterylności skrzyżowanie szpitala z więzieniem o zaostrzonym rygorze.

Właśnie w takich warunkach Armstrong, po wielu miesiącach rozłąki, spotyka się ze swoją żoną, z którą nie może nawet porozmawiać, ze względu na obecność dźwiękoszczelnych szyb. „Dyskusja”, jaką prowadzą ze sobą za pomocą gestów, stanowi jedną z najbardziej poetyckich scen w amerykańskim kinie od czasu pamiętnego finału „Między słowami”.

Kłopot z „Pierwszym człowiekiem” polega na tym, że to, co prowokuje entuzjazm wobec filmu, równie dobrze mogłoby stanowić podstawę do jego krytyki. Już sam tytuł, w którym łatwo rozpoznać pretensje do stylizacji biblijnej, zdradza skłonność do uogólnień i megalomanii. Idąc tym tropem, warto zauważyć, że Chazelle opowiada w swoich filmach wyłącznie o bohaterach, którzy mimo pracowitości i determinacji, nie potrafią osiągnąć życiowej satysfakcji.

Czy przenikający kino Amerykanina pesymizm nie jest przypadkiem równie naiwny i upraszczający rzeczywistość jak programowy entuzjazm „feel-good movies”? Na szczęście dla amerykańskiego twórcy, tego typu pytania zadajemy sobie na chłodno, po filmie, podczas seansu skupiając się na komplementowaniu reżyserskiej maestrii.

First Man
Reżyseria Damien Chazelle. Scenariusz Josh Singer na podstawie książki Jamesa R. Hansena. Zdjęcia Linus Sandgren. Muzyka Justin Hurwitz. Wykonawcy Ryan Gosling (Neil Armstrong), Claire Foy (Janet Armstrong), Pablo Schreiber (Jim Lovell), Christopher Abbott (Dave Scott), Ciarán Hinds (Gene Kranz). Produkcja Amblin Entertainment, Dreamworks, Perfect World Pictures, Temple Hill Entertainment, Universal Pictures. USA 2018. Dystrybucja UIP. Czas 138 min

Piotr Czerkawski, Pierwszy człowiek, „Kino" 2018, nr 10, s. 81

© Fundacja KINO 2018

POLECAMY: esej Rafała Glapiaka o podróżach w Kosmos w papierowym wydaniu „Kina” 10/2018

Zmieniony ( 20.10.2018. )