Winni

WINNI
ADAM KRUK

Premiera na festiwalu Sundance, gdzie udało się sprzedać film do amerykańskiej dystrybucji, potem Rotterdam, następnie wybór na duńskiego kandydata do Oscara, a teraz dystrybucja w Polsce (pierwszy pokaz miał miejsce już na festiwalu Nowe Horyzonty) – sukcesom „Winnych” nie widać końca. A mowa o debiucie.

Reżyser Gustav Möller, niespełna trzydziestoletni Szwed mieszkający w Danii, należy do tego rodzaju przesiąkniętych popkulturą twórców (mówi, że inspiruje go wszystko, od „Pieskiego popołudnia” po „Pulp Fiction”), którzy przebojem wdzierają się do filmowej pierwszej ligi. Później zostają wziętymi rzemieślnikami lub autorami kina. Albo – jak w przypadku Polańskiego czy Refna – jednym i drugim. Czy Möllerowi uda się powtórzyć ten scenariusz? I czy „Winni” rzeczywiście zasługują na pochwały, które dostają?

I tak, i nie. W debiucie młody reżyser na pewno pokazał, że potrafi opowiadać oryginalnie i porywająco. Problem tylko z tak zwanym drugim dnem, które leży płyciutko – lepiej byłoby, gdyby twórca w ogóle w jego kierunku nie nurkował. Sama historia broni się bowiem właśnie prostotą, właściwie dałoby się z niej stworzyć monodram.

Przez cały film obserwujemy niemal wyłącznie Asgera (Jacob Cedergren), pracującego na policyjnej linii przyjmującej telefony alarmowe. Daje nam to okazję przyjrzenia się funkcjonowaniu modelowej skandynawskiej instytucji, którą rządzą porządek i transparentność. Trzeba przyznać, że zaawansowanie technologiczne, profesjonalizm i efektywność systemu budzą szacunek.

Asger sumiennie wykonuje zadania, a nawet – co już może mniej stereotypowo skandynawskie – gotów jest przekroczyć protokół, by być bardziej skuteczny. Wyraźnie jednak nie znajduje się w swoim żywiole, którym są pościgi, śledztwa, akcje – do słuchawki został przydzielony za karę. Co zrobił? Czy rzeczywiście jest winny?

Nie wiemy, ale grający go Cedergren nie jest typem amanta, na twarzy ma pewną skazę. Asger, niczym Chandlerowski Marlowe, należy do kategorii mężczyzn z przeszłością, a ta, rzutując na kondycję bohatera, wywołuje bezlik problemów: w życiu osobistym i zawodowym. Także w zarządzaniu emocjami – szczególnie gniewem, pychą, zdolnością subordynacji.

Nie pomagają one w podporządkowaniu się karze mało pasjonującej roboty za policyjnym biurkiem. Dlatego też, kiedy Asger, spędzając noc na dyżurze, w gąszczu połączeń od zaprawionych nastolatków odbiera telefon od niejakiej Iben (głos Jessiki Dinnage), uruchamia się w nim rasowy śledczy.

Słyszy bowiem sparaliżowaną strachem kobietę, która mówi szyframi, a czasem tylko potakuje, by nie dać poznać, że dzwoni na policję. Asgar szybko się orientuje, że została uprowadzona i pędzi w nieznanym kierunku w furgonetce prowadzonej przez wyprowadzonego z równowagi mężczyznę. To jednak nie jedyny problem – w domu została sama jej malutka córeczka i także ją policjant będzie musiał zlokalizować.

Proces oswobadzania ofiar, a także, co jeszcze trudniejsze, dochodzenia do prawdy, ogląda się z zapartym tchem. Mimo że przez cały film – bo to sposób Möllera na odróżnienie się od innych produkcji kryminalnych – obserwujemy wyłącznie aktorskie wygibasy Cedergrena w mało atrakcyjnym policyjnym open space’ie, gdzie szuka on dla siebie choć odrobiny prywatności.

Zabieg ten z jednej strony przenosi na widza klaustrofobiczne emocje bohatera, z drugiej pozwala uruchomić wyobraźnię: obraz tego, co dzieje się po drugiej stronie słuchawki, konstruujemy – na podstawie świetnie zmiksowanego przez Oskara Skrivera dźwięku – wyłącznie w głowie; w każdej będzie on wyglądał inaczej. Scenariusz filmu został zainspirowany autentycznym nagraniem z amerykańskiego telefonu 911, które reżyser (a zarazem współscenarzysta) znalazł na YouTube’ie.

„Winni” udowadniają, nie po raz pierwszy zresztą (często w kontekście tego filmu przywołuje się „Locke’a” Stevena Knighta czy „Połączenie” Brada Andersona), że dobrą rzecz można zrobić naprawdę po kosztach – tu zdjęcia ograniczone do jednej lokacji trwały zaledwie 13 dni.

A mowa nie o jakimś ekstremalnym slow cinema, wymagającym od nas przełączenia zmysłów w stan kontemplacji i obserwowania przez półtorej godziny lasu, a o kinie gatunkowym – zasilanym kolejnymi przewrotkami policyjnym thrillerze, w którym liczy się siła wrażeń, podtrzymywanie uwagi, nawigowanie napięciem.

Okazuje się, że nie potrzeba do tego wcale green screenów, efektów specjalnych i pirotechnicznych, spektakularnych pościgów. Wystarczy dobry scenariusz, fachowe wykonanie, talent i wyczucie.

„Winni” sprawdzają się świetnie nie tylko jako ćwiczenie formalne, ale też jako oryginalne widowisko: „utrudniony” film akcji, wciągający road movie bez samochodów. Gorzej z próbą nadbudowania na nim morału, myśli większej niż opowiedziana historia. Jest nią u Möllera – odkryta w samym tytule, więc nie zdradzam tu chyba za wiele – paralela między winą przestępcy, a grzechem ścigającego go policjanta.

Żeby się dowiedzieć, jak bardzo wydumana to analogia, trzeba poczekać do końca filmu, po którym pojawia się w głowie pytanie: „serio”? Wszyscy mamy coś na sumieniu, porównać można każdego z każdym. W „Winnych” jednak to porównanie okazuje się mocno naciągane i intelektualnie miałkie.

Den skyldige
Reżyseria Gustav Möller. Scenariusz Gustav Möller, Emil Nygaard Albertsen. Zdjęcia Jasper J. Spanning. Muzyka Carl Coleman, Caspar Hesselager. Wykonawcy Jakob Cedergren (Asger Holm), Jessica Dinnage (głos Iben), Omar Shargawi (głos Rashida), Johan Olsen (głos Michaela). Produkcja Nordisk Film Spring, New Danish Screen. Dania 2018. Dystrybucja Gutek Film. Czas 85 min

Adam Kruk, Winni, „Kino" 2018, nr 11, s. 77

© Fundacja KINO 2018

Zmieniony ( 12.11.2018. )