Supa Modo

SUPA MODO
PIOTR DOBRY

Wreszcie film „superbohaterski", w którym peleryna pozwalająca bujać w obłokach nie przysłania spraw jak najbardziej przyziemnych.

Dlaczego „superbohaterski" w cudzysłowie? Ano dlatego, że protagonistką „Supa Modo" nie jest żadna fikcyjna mutantka czy amazonka, tylko kenijska dziewięciolatka z krwi i kości, która ucieka w świat fantazji przed trudami życia. Tak, afrykańskie dzieci także śnią o supermocach.

Wychowywana przez samotną matkę, rezolutna Jo dobrze wie, co to magia dużego ekranu. Łapczywie pochłania obrazy kung fu i adaptacje komiksów dubbingowane na żywo przez sympatycznego właściciela lokalnego kina, a potem z równym zapałem dyskutuje z kolegami o wyższości Iron Mana nad Supermanem. Ściany jej pokoju okupują Jackie Chan i bohaterowie Marvela. Ale to nie tylko fanowska tapeta. To przede wszystkim inspiracja do walki z nieuleczalną chorobą.

Sama Jo też inspiruje. Najpierw swoją starszą siostrę Mwix, następnie całą wioskę, która staje na głowie, żeby urzeczywistnić dziewczęcą fantazję o byciu superbohaterką. Od solniczki przesuwanej siłą woli po zatrzymanie ruchu ulicznego, jak na stopklatce - z czasem coraz więcej osób angażuje się w plan Mwix mający sprawić, żeby gasnąca w oczach Jo uwierzyła, że posiada nadprzyrodzoną moc. Podobnie jak w irlandzkiej „Śmierci superbohatera" o nastolatku tworzącym komiksy ze sobą w roli głównej, maskarada służy oczywiście oswojeniu strachu przed śmiercią.

Brzmi przyciężko? W zasadzie powinno. W końcu trudno o bardziej niewdzięczny temat niż umieranie dziecka. Łatwo za to wyobrazić sobie „Supa Modo" w wydaniu zachodnim, przeładowane tanim patosem i łzawymi scenami, w najlepszym zaś razie - neokolonialnym współczuciem, gdyby akcja wciąż rozgrywała się w Kenii.

Dlatego też dobrze się stało, że choć produkcję w dużej mierze sfinansowali Niemcy, to Tom Tykwer - z całym szacunkiem dla - oparł się pokusie reżyserowania. W rezultacie oglądamy Afrykę od wewnątrz, jej własnymi oczami.

Debiutujący reżyser Likarion Wainaina nie pozwala sobie na emocjonalny szantaż. Punkt ciężkości kładzie nie na nieuniknionym przeznaczeniu Jo ani nawet nie na celebrowaniu tego, co było i co mogłoby być, lecz na doraźnym szczęściu bohaterki, promieniującym na wszystkich wokół.

Dzięki temu film, w którym widmo śmierci wciąż jest obecne, paradoksalnie tchnie życiem i świeżością, a ckliwy bywa tylko chwilami. Nawet w tych wzniosłych momentach czuć jednak specyficzną afrykańską wrażliwość, zawieszoną gdzieś między racjonalizmem a mistyką, stanowiącą dowód na to, że sentymentalizm nie zawsze jest zbrodnią przeciwko sztuce.

Nie ma też co się czarować, że o jakiś wielki artyzm tutaj chodzi. Osiągnięciem jest już samo sprzedanie trudnego tematu w pogodny sposób, przystosowany do percepcji dziecka w wieku wczesnoszkolnym. Twórcy udowadniają, że kino familijne nie musi być od razu landrynkowe i naszpikowane efektami specjalnymi. Na swoistą ironię zakrawa fakt, że film, którego bohaterka czerpie siłę z Marvelowskich superprodukcji, stanowi zarazem ożywczą alternatywę dla Marvela.

Zamkniętą w godzinie z hakiem, ostentacyjnie prostą fabułę, która w mniej zdolnych rękach mogłaby służyć co najwyżej za klip promujący Fundację Mam Marzenie, młody reżyser przekuwa w list miłosny do kina, nade wszystko uwznioślając terapeutyczną, bez mała misyjną moc X muzy.

Z kolei afrykański sztafaż nadaje tej uniwersalnej opowieści o potędze eskapizmu znamiona konkretu - zachodni widz ma rzadką okazję wejrzeć w „prawdziwe" życie, „prawdziwe" emocje współczesnej kenijskiej rodziny, sportretowanej nie z dystansu, lecz od środka, wbrew stereotypom.

W tym aspekcie szczególnie ujmuje uchwycenie nieprzemijalnego ducha wspólnoty. Świat pędzi do przodu, Afryka się modernizuje, lokalne legendy są wypierane z wyobraźni nowych pokoleń przez hollywoodzkie bajki, a mimo to wiążące decyzje wciąż podejmuje starszyzna plemienna. Troska sąsiada jest twoim zmartwieniem, zaś żałoba jednoczy całą społeczność. I nawet jeśli jest to wizja nadto wyidealizowana na potrzeby dramaturgii, Wainaina z powodzeniem wystrzega się fałszu i nachalnego dydaktyzmu.

Atutem filmu pozostaje także obsada, na czele z niezwykle autentyczną Stycie Waweru w roli Jo. Zaraźliwy entuzjazm młodziutkiej aktorki sprawia, że z kina wychodzimy nie tylko wzruszeni, ale i podbudowani. Superbohaterowie ewidentnie są wśród nas, więc zamiast szukać ich na niebie, powinniśmy częściej patrzeć w dół.

Supa Modo
Reżyseria Likarion Wainaina. Scenariusz Wanjeri Gakuru, Silas Miami, Kamau Wa Ndung'u, Mugambi Nthiga. Zdjęcia Enos Olik, Volker Tittel. Wykonawcy Stycie Waweru (Jo), Marrianne Nungo (Kathryn), Nyawara Ndambia (Mwix), Johnson Gitau Chege (Mike), Humphrey Maina (Pato). Kenia - Niemcy 2018. Dystrybucja Stowarzyszenie Nowe Horyzonty. Czas 74 min

Piotr Dobry, Supa Modo, „Kino" 2019, nr 07, s. 79-80

© Fundacja KINO 2019

Zmieniony ( 09.08.2019. )